Kościół Panagia w Agios Ioannis (Aradena)
Wyjątkowy kościół w wyjątkowym miejscu.

Żeby zobaczyć ten kościół, trzeba pojechać na kreteński koniec świata. Mijamy słynny most w Aradenie i jedziemy jeszcze około pięciu kilometrów, do wioski Agios Ioannis. Tu droga się kończy – osobówką nie pojedziemy dalej.
Sam kościół położony jest nieco na uboczu, na lekkim wzniesieniu, około 10–15 minut marszu kamienistą dróżką od głównej drogi. Po drodze mijamy zwykle zamknięty kościół Agios Ioannis i idziemy dalej. Po chwili, na wzgórzu, naszym oczom ukazuje się mały biały kościółek – to cel naszej wędrówki.
Niech nie zmyli Was jego skromny wygląd zewnętrzny. Nie robi wielkiego wrażenia – to prawda. Prosta, jednonawowa, sklepiona konstrukcja, pobielona wapnem, z dwiema masywnymi przyporami przy wejściu. Wejście znajduje się od strony południowej. Otoczenie kościoła jest jednak piękne, a widok z pagórka naprawdę robi wrażenie. Typowa kreteńska pocztówka: morze, oliwki, cytrusy i wściekle wrzeszczące cykady. To, co za chwilę zobaczycie w środku, w pełni zrekompensuje trudy wędrówki.

Kościół jest wyjątkowy. Może nie wygląda imponująco, ale nie tego oczekujemy od kreteńskich świątyń. One tworzą magię nie wielkością, lecz położeniem i historią, którą w sobie niosą. Ten kościółek urzekł mnie właśnie swoim położeniem, otoczeniem i bijącym z tego wszystkiego spokojem. To taka skondensowana Sfakia. Trudno opisać to wrażenie – to trzeba zobaczyć.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy kościół powstał. Nie znalazłem w źródłach naukowych jednoznacznej daty jego budowy. Najprawdopodobniej wzniesiono go znacznie wcześniej, niż wykonano dekorację malarską, którą datuje się na okres pomiędzy XIV a XV wiekiem. Nie znamy także imienia malarza, a same freski są dziś mocno nadgryzione zębem czasu. Mimo to wciąż robią ogromne wrażenie. Dla mnie twórczość tego ludowego artysty przywodzi na myśl malarstwo Nikifora Krynickiego – pewien rys prymitywizmu, połączony z siłą wyrazu, czyni te malowidła wyjątkowymi.
Co zaskakujące, w tak niewielkiej świątyni udało się pomieścić cztery typowe cykle ikonograficzne. Najważniejszy z nich, cykl chrystologiczny, rozwija się w łukach świątyni. Znajdziemy tu przedstawienia Ukrzyżowania, Zdjęcia z Krzyża, Zmartwychwstania lub Wniebowstąpienia, Chrztu oraz Przemienienia.

Drugi cykl, maryjny (Bogurodzicy), zawiera m.in. unikalny i bardzo ciekawy fresk rodziców Matki Bożej – Joachima i Anny – w scenie zabawy z małą Marią. To scena nietypowa, pozbawiona hieratyczności, pokazująca Joachima i Annę w relacji z dzieckiem, a nie jako odległe, niemal abstrakcyjne postacie ikonograficzne. Zwyczajni rodzice z dzieckiem na ścianie kościoła. Przekaz, który działa zawsze, niezależnie od czasu i szerokości geograficznej.

Na ścianie zachodniej znajduje się cykl eschatologiczny z obowiązkowym przedstawieniem Drugiego Przyjścia. W dolnych partiach ścian rozciąga się czwarty cykl – Kościół wojujący – z wizerunkami świętych i hierarchów.
W konchowej półkopule apsydy umieszczono przedstawienie Deesis: Chrystusa Pantokratora w towarzystwie Bogurodzicy i św. Jana Chrzciciela. Co dziwne, w kościele poświęconym Matce Bożej należałoby raczej oczekiwać w tym miejscu wizerunku Platytery. Lassithiotakis interpretuje to jako wpływ monastycznej ikonografii Kapadocji. Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy mamy tu do czynienia z konkretnym oddziaływaniem zewnętrznym, czy raczej z lokalną interpretacją lub swobodą ludowego twórcy. Niezależnie od przyczyny, jest to rozwiązanie nietypowe.

Obok kościoła znajduje się wolnostojące arcosolium. Nie udało mi się ustalić, kogo pochowano w tym miejscu. Jak to często bywa w przypadku kościołów Sfakii, arcosolium ma wmurowany fragment starszego elementu architektonicznego. Możliwe, że pochodzi on z jakiejś wcześniejszej, być może wczesnochrześcijańskiej budowli sakralnej.

Tego rodzaju praktyka bywa interpretowana jako sposób podkreślenia ciągłości tradycji i uświęcenia miejsca. Istnieje też inna, bardzo interesująca interpretacja: wmurowywanie dawnych elementów miało podkreślać nie tyle ciągłość religijną, ile ciągłość samej wspólnoty. Przekaz był prosty – nowa wiara niczego nie zerwała, nadal jesteśmy tym samym ludem. To hipoteza szczególnie dobrze pasująca do surowej i silnie tożsamościowej Sfakii.
Krótko podsumowując, miejsce warte każdego przejechanego doń kilometra. Wyjątkowe w wielu wymiarach i zwyczajnie, po ludzku piękne i inspirujące. Prawdziwa Sfakia, dzika, prosta, nieskomplikowana z beczeniem owiec i dźwiękami dzwonków w tle.
Uwaga redakcyjna. Kościół znam pod wezwaniem Panagia. Jest wysoce prawdopodobne, że wezwanie tego kościoła to "Zaśnięcie Bogurodzicy". Oficjalnie by to brzmiało "Ιερός Ναός Κοιμήσεως της Θεοτόκου", potocznie "Παναγία Κοιμήσεως" i pewnie z tego wynika Panagia. typowy lokalny skrót. Jeżeli uda mi się potwiedzić cokolwiek, to zmienię tytuł. Póki co zostaje Panagia.