Co widział Gerola a my już nie zobaczymy

Historia jednego kościoła z katalogu Giuseppe Geroli.

Gerola foto

Ponad 120 lat temu włoski historyk sztuki i badacz, Giuseppe Gerola, podróżował po Krecie na zlecenie rządu włoskiego. Jego zadaniem było udokumentowanie weneckiej obecności na Krecie. W dwa lata zebrał ogromny materiał fotograficzny, który stał się zrębem monumentalnego dzieła "Monumenti venetti nell'isola di Creta". Opracowanie tego materiału zajęło Geroli prawie 30 lat. W tym czasie niektóre z opisywanych obiektów zniknęły z powierzchni ziemi, czy to za sprawą katastrof naturalnych, czy zniszczone ręką ludzką, zostało po nich tylko wspomnienie i czasem pojedyncza fotografia u Geroli. Giuseppe w opisie tego kościoła używa zdawkowego "ora distrutto", zniszczony, nic więcej nie wiemy.

Od kilku tygodni, kiedy to wpadła w moje ręce reprodukcja "Monumenti venetti", jestem dosłownie pochłonięty odszyfrowywaniem i analizowaniem fotografii. Szukam miejsc, które Gerola opisywał, zaznaczam na mapie kościoły i lokalizacje, podróżuję razem z nim.

W jedno z takich miejsc chcę Was dziś zabrać, chcę Wam pokazać coś unikalnego, zapomnianego i nieistniejącego. Urządźmy sobie podróż w czasie, wskrześmy dane czasy, pójdźmy razem śladami Geroli, na chwilę.

Wciśnięty w zarośniętą dolinę Spili, z dala od fontann i współczesnych tawern, stał niegdyś kościół, który dziś nie figuruje na żadnej mapie. Tylko jedna fotografia, numer 624. Jedna linijka tekstu u Geroli: „freski apsydowe kościoła św. Jana, z przedstawieniem świętych diakonów i hierarchów, popiersia Jezusa pomiędzy Marią i Janem, Zwiastowania i Całunu.” I to wystarczy.

Gdybyś wtedy, ponad sto lat temu, skręcił z głównej drogi i zszedł w kierunku gaju oliwnego, minął trzy studnie i niski mur z polnych kamieni, znalazłbyś go. Mały kościółek, jednonawowy, z południowym wejściem osłoniętym figowcem. Niepozorny z zewnątrz, jakby sam nie chciał przeszkadzać światu.

A w środku... misterium. W apsydzie, tuż nad mensą, rząd świętych diakonów i biskupów. Z Ewangelią, omoforionem, dłońmi uniesionymi w geście modlitwy. Twarze brodate, smukłe, spojrzenia skupione nie na widzu, ale gdzieś dalej, ponad czasem. Nad nimi — popiersie Chrystusa. Nie triumfatora, lecz obecności. Po jego bokach: Maria i Jan, w układzie Deesis. Nie proszą, ale trwają.

Powyżej — Zwiastowanie. Gabriela zatrzymano w locie. Maria, jeszcze nie Matka, ale już nie dziewczyna. Odwraca się lekko, z cichym rozpoznaniem. Chwila napięcia. Świat wstrzymuje oddech.

I jeszcze Całun. Nie wiemy, czy jako Epitafios, czy jako symbol pogrzebu. Ale był. Może między kolumnami, może przy wejściu do świętego miejsca. W cieniu modlitwy i barwy ochry.

Gerola nie wspomina tablicy fundacyjnej. Może jej nie było, może zatarła się w czasie. Ale imiona świętych zapewne były zapisane nad ich głowami. Może ktoś tam był przedstawiony — mnich, ofiarodawca, rodzina. Dziś już nikt tego nie wie.

Nie ma już tego kościoła. Ani drzwi, ani figowca, ani apsydy. Może runął w czasie wojny, może zniknął po prostu, jak znikają wspomnienia w niepamięci zbiorowej. Nikt go nie wspomina. Żaden drogowskaz nie prowadzi. Tylko jedna fotografia.

Ale przez nią, jak przez cienką zasłonę Całunu, przebija coś więcej niż obraz. Przebija intencja. Wiara, że świętość to nie kwestia wielkości budowli, ale obecności. Że mały, zapomniany kościół może być drabiną do nieba.

A więc niech będzie. Wskrzeszenie. Powiedzmy, że jesteś tam. W Spili. Z mapą Geroli w dłoni. Zmęczony, zakurzony. I nagle, po lewej, za krzewem dzikiej róży, widzisz fragment muru. Czerwony tynk. I coś jeszcze — wyryta litera, może „ΙΩ”… może Ioannis.