Subiektywna lista rzeczy wkurzających
Co mnie wkurza, irytuje i śmieszy. Bez zadęcia z dużym przymrużeniem oka.
Czas na moją prywatną kreteńską listę — listę rzeczy trudnych, śmiesznych i wkurzających. Wszystko to z perspektywy dwutygodniowego turysty, więc nie traktujcie tego zbyt poważnie. Kudy mi tam do rodaków wyjadaczy, którzy na wyspie zjedli zęby. Nie śmiem nawet mierzyć tak wysoko.
Z konieczności tekst dotyczy Krety, choć w sumie może być prawdziwy dla każdej greckiej wyspy lub Grecji kontynentalnej. Niektóre rzeczy są charakterystyczne tylko dla Krety, ale nie dzielmy włosa na czworo — to nie jest opracowanie naukowe, tylko moje przemyślenia i nie muszę się silić na dokładność.
Kwestie "techniczne"
Zacznijmy od rzeczy najważniejszej, od toalet. Wbrew pozorom to bardzo ważna część turystyki, zarówno świadomej, jak i nieświadomej. Wyspa straci wiele ze swego uroku, kiedy krecik natarczywie puka w taborecik, a wygódki w promieniu pięciu kilometrów nie widać. Pół biedy, jak widać i zdążysz dobiec, zanim zrujnujesz kolejną parę gaci. Twoje problemy, szanowny turysto, dopiero się zaczynają.
Tak, tak. Papierek cieniutki, proszę pana, jak moja wypłata. W porównaniu do standardów z socjalistycznej ojczyzny, gdzie papier może robić za pierzynę, tu jest cieniutko, widzisz własne palce, a to niczego dobrego nie wróży.
Ale zanim zasiądziesz na tronie, który zwykle pozbawiony jest deski i klapy, musisz zamknąć drzwi. I tu zasada numer jeden — jakieś 80% toalet nie ma zamków, nic, nawet marnej zasówki. Musisz się zapierać nogą, jak siedzisz, a jak stoisz, to się modlisz, aby jakiś krewki turysta, pędzony tą samą potrzebą, nie zrobił ci klamką dziury w plecach. Jedną poniżej już masz i to ona cię tu przywiodła, druga, wyżej, nie zda się na nic. Teraz czas usadowić się na tronie — logistykę już ogarnęliśmy — jedną nogą się zapieramy, drugą utrzymujemy jako tako balans ciała. O ile nie masz deski, to musisz jeszcze przeżyć kontakt dupy z zimną porcelaną. Jeżeli deska jest, to przed tobą walka o utrzymanie pozycji siedzącej, bo Grecy desek nie przykręcają. Po co komu takie zbytki — dupa oczu nie ma i nie ma też poczucia estetyki.
Oczywiście wiem, że kontakt z porcelanką nie jest zbyt higieniczny, ale pozycja „na Małysza” raczej nie wchodzi w rachubę. Zawsze możesz zaryzykować, ale na 100% skończy się to tym, że będziesz leżał jak gospodarka Wenezueli i robił pod siebie.
I teraz gwóźdź programu — wspomniany papierek, który trzeba cisnąć do kosza. Znam ludzi, którzy uznali to za kiepski żart. W zasadzie w każdej tawernie są napisy po angielsku, ale widziałem też wyłącznie greckie hieroglify. Więc jeżeli twoje kompetencje językowe są na etapie „kalimera – malaka”, to można nie załapać przekazu dnia i zrobić coś głupiego. Nic się w sumie nie stanie tragicznego, Santorini nie zatonie, wulkan nie wybuchnie, nie pojawi się Kreteńczyk z kijem — nic takiego. Ot, może się coś zatkać i szambo wybije, ale to już po naszym odjeździe, więc luz.
Teraz już tylko wyjść i umyć ręce, o ile oczywiście możesz wyjść. Klamka, która oddzieliła się od reszty substancji drzwiowej i pozostała w dłoni, nie jest na Krecie sytuacją nadzwyczajną. O ile miałeś to szczęście, że drzwi działają w drugą stronę, to możesz iść opłukać dłonie w lodowatej wodzie i masz wszystko załatwione.
Część druga, czyli drogi, bezdroża i meandry kreteńskiego kodeksu drogowego.
Co do zasady, na Krecie, jak w każdym cywilizowanym europejskim kraju, obowiązuje dość standardowy kodeks drogowy. W ogólnych zarysach bardzo podobny do naszego. To tyle z podobieństw.
Kreta dysponuje czymś unikalnym na skalę światową — własnym kodeksem, który sprowadza się mniej więcej do podejścia: „może i byle jak, ale za to do przodu”.
Pierwsze doświadczenie dla kogoś przyzwyczajonego do jazdy w dowolnym polskim mieście może być szokiem. Szczególnie poruszanie się po miastach wymaga wiele cierpliwości i trzymania języka za zębami, bo wyrazy na „k”, na „p” i na „ch” latają same. Blokowanie skrzyżowania, czyli stanie na środku, bo się nie zdążyło zjechać na zielonym — norma. Trzy samochody obok siebie na dwóch pasach, a jeszcze czwarty próbuje się wcisnąć — nic nowego. Skutery jeżdżące jak porąbane, z lewej, z prawej, pod prąd. Zaczynasz na skrzyżowaniach spoglądać w górę, na wszelki wypadek. Nie wierz też w kreteńskie „siga-siga” na drogach. Spóźnisz się na zielonym o 0,1 sekundy i już 12 kierowców trąbi, a „malaki” latają nisko jak jaskółki na deszcz. I teraz paradoks — ten spóźniony gdzieś kierowca za nami, którego ta 0,1 sekundy dzieli od jakiejś homeryckiej tragedii życiowej, za 100 metrów nas wyprzedzi, a za następne 100 zablokuje drogę i będzie 10 minut konferował ze znajomym przez okno auta. Tryb „siga-siga” włącza się bardzo szybko.
Osobna kategoria to tzw. Droga Narodowa, czasem znana pod skrótem BOAK. Północna oś drogowa Krety, coś na kształt drogi szybkiego ruchu, na niektórych odcinkach aspirująca do miana autostrady. Szeroka jak cholera i równie niebezpieczna. Pierwsze wrażenie — po jaką cholerę oni wszyscy jadą poboczem, przecież to niebezpieczne. No, nie do końca. Na BOAK niebezpieczna jest jazda pasem ruchu. Niech was nie zmyli podwójna ciągła — Kreteńczycy rodzą się z wadą wzroku, która powoduje, że nie widzą równoległych linii. Wyprzedzanie na podwójnej, na zakręcie, w nocy? Proszę bardzo. Pierwszy gwałtowny manewr w prawo, bo ktoś jedzie na czołówkę, i już wiesz, po co jest szerokie pobocze. Jedyna zaleta BOAK — możesz pokazać tym na skuterach, kto tu rządzi.
Kolejna kategoria to jazda po drogach wiejskich, czyli kreteński interior. Niby drogi są dość dobre, ale zdarza się, że jedziesz, a tu nagle szuter, bo remont. Bywa, że jedziesz za kimś, komu się z paki sypią arbuzy, i już masz slalom gigant bez śniegu. Wjazd do niektórych wiosek też może się skończyć migotaniem przedsionków, bo uliczki wąskie jak dupa węża i jak masz lęki, to nie wyjedziesz. Wiem, co mówię — trochę lakieru na murach zostało po moich wojażach. Nie liczcie też na to, że ktoś się będzie przejmował czymś takim jak reguła prawej ręki na skrzyżowaniu równorzędnym — nic z tych rzeczy. Pierwszeństwo ma większy i szybszy, więc oczy dookoła głowy i podwójna uwaga, bo się można ciężko zdziwić.
Część trzecia, czyli tawerny i jedzenie.
Pierwszy problem z tawernami jest taki, że nasze kulturowe przyzwyczajenia są biegunowo odległe od kreteńskich. Nasz sposób spędzania czasu w lokalu gastronomicznym różni się od kreteńskich obyczajów dramatycznie. Kreteńczyk, jak przyjdzie do tawerny, to właściwie może się tam czasowo zameldować. To nie jest wizyta na godzinę, to jest zmiana miejsca zamieszkania na najbliższe długie godziny. My przychodzimy, wcinamy schabowego i do domu, a Kreteńczyk siedzi i myśli, przerzuca paciorki komboloi, przeżuwa musakę i myśli.
Druga kwestia to porcje jedzenia. Z perspektywy moich obyczajów żywieniowych — porcje gargantuiczne. Tego się nie da zjeść w godzinę i nie paść z przejedzenia. To jest norma żywieniowa somalijskiej wioski na cały tydzień. To znowu kwestia kulturowa — tam się siedzi i medytuje, rozmawia, delektuje jedzeniem i spotkaniem ze znajomymi. My jemy i spadamy do domu, nikt nie siedzi w knajpie 10 godzin. Tam się zamawia kilka potraw i nimi dzieli, więc do naszego kodu kulturowego to pasuje jak końska dupa do bata, czyli średnio.
Pamiętam moją pierwszą sałatkę w tawernie. Kelner przyniósł michę wielkości połowy stołu. Panie, w takiej misce jeszcze 100 lat temu na polskiej wsi cała rodzina się myła, a później bydło piło z tego wodę. Już połowa tego ociera się o dawkę śmiertelną.
Z tym wszystkim wiąże się kolejny „problem”, czyli obsługa kelnerska w tawernach. Nie mam nic złego na myśli — zawsze sympatyczna i miła — ale kulturowo odległa. Przyjechałeś z tej Polandii, zamówiłeś, przynieśli, nażarłeś się jak ciocia Krysia na weselu, a kelnera nie ma. Na stole piętrzą się talerze i inne klamoty. Kelnera nie ma. Z nudów już 3 razy zmieniłeś konfigurację sterty naczyń na stole, a kelnera nadal nie ma. No cóż, okazuje się, że go trzeba jakoś przywołać — taki to obyczaj. Kelner nie przychodzi i nie pyta w trakcie przeżuwania, czy wszystko smakuje. On wie, że smakuje i nie będzie głupich pytań zadawał bez potrzeby. Tak więc trzeba dać znać, że to już jest koniec, nie ma już nic i tak dalej. Najlepiej jest znać kreteńską grypserę, czy też ich język migowy — da się to załatwić bez darcia się na cały regulator. Nota bene, znajomość kreteńskiej grypsery wznosi nas na wyższy poziom. Przestajemy z miejsca być turystą, a stajemy się majfrendem i jest strasznie miło.
No i tyle, trzech jeźdźców kreteńskiej apokalipsy opisałem.
Muszę tu dodać — Kreta jest niesamowita. To jest tylko opis z przymrużeniem oka, gdzieniegdzie tylko poważny, więc wrzucamy na luz.