Kreta - choroba przewlekła - część I

Jakim cudem ona tak uzależnia?

Byłem na Krecie milion razy.

Albo trochę więcej, bo kto by to liczył, skoro po trzecim powrocie przestaje się rozróżniać wyjazdy od nawrotów choroby? Kreta to nie miejsce, tylko stan przewlekły. Takie geograficzne zapalenie duszy — raz się zarazisz i koniec, żadne antybiotyki cywilizacji cię nie uratują.

Wiesz, że już tam byłeś. Znasz ten kamień, tę kózkę, ten cień oliwki. Ale i tak znowu lecisz, bo głowa mówi: nie rób tego, a serce dodaje: ale tam jest tsikudia. No więc lecisz. I jak zwykle przysięgasz, że tym razem nie dasz się wciągnąć. Że nie będziesz znów łaził po górskich kaplicach, nie będziesz rozmawiał z pasterzami o sensie życia przy chlebie z oliwą i serze, który pachnie tak, jakby ktoś go zrobił wczoraj — w stajni, w pośpiechu, między jednym przekleństwem a drugim.

A potem oczywiście lądujesz w górach, spocony jak grill w sobotę w Malia, z aparatem, pustym bidonem i świętym przekonaniem, że zaraz odkryjesz coś, czego nie widział nikt od XIV wieku.

I odkrywasz.

Na przykład, że sandały „na długie trasy” wcale nie nadają się na kamienie, a butelka z wodą, którą trzymasz od wczoraj, zaczyna pachnieć jak wspomnienie po bakłażanie.

Odkrywasz, że może warto było zabrać WD-40 na skrzypiące kolana, bo że kolagen nie działa, wiesz od dawna.

Dokonujesz epokowego odkrycia, że kozy na Balos są głodne. Ofiarami tego międzygatunkowego eksperymentu socjologicznego staną się: czapka, skarpety, kapelusz słomkowy i cały zapas krakersów. Pozostaje problem śladów kopyt na masce...

Kreta to pułapka. Złota, pachnąca oregano i kurzem, ale pułapka. Bo wszystko, co tam działa, działa inaczej.

Jak zamówisz kawę „na wynos”, to przyjdzie po pół godzinie, w filiżance.

Jak powiesz o kawie „turecka”, dostajesz rachunek w euro, ale spojrzenie w lirach.

Jak zapytasz o rozkład autobusów, dostajesz wzruszenie ramion i to charakterystyczne spojrzenie - panie kogo to obchodzi.

Jak pytasz, czy mają terminal, to słyszysz śmiech tak czysty, że zaczynasz się zastanawiać, czy aby nie trafiłeś do raju.

Na Krecie wszystko jest trochę nie tak, ale w najlepszym możliwym sensie.

Zegar tyka wolniej, światło jest ostrzejsze, wino mocniejsze, a kłamstwa bardziej poetyckie. Każdy ma tu kuzyna, który ma tawernę, ma pokoje, ma łódź, zna burmistrza, zna twojego kuzyna z Polski, albo przynajmniej pamięta cię z zeszłego roku — nawet jeśli wtedy miałeś włosy i nie wyglądałeś jak kreteński pasterz po kryzysie egzystencjalnym.

Właśnie, ileż to razy zostałem już pomylony z lokalsem. To dość częste, gdy pod koniec pobytu wyglądasz jak porośnięty szczeciną wczorajszy suvlak, który poleżał na grillu zbyt długo. To bardzo miłe uczucie, kiedy uda się trochę oszukać lokalsa. Oznacza, że Kreta się przyjęła i zostanie ze mną na dłużej.

Jeżeli jesteś na diecie - nie idź na laiki, nigdy. Jeżeli nie jesteś - też nie idź, szybko zapragniesz przejść na dietę, głodówkę nawet. Nie dasz rady odmówić, nie spróbować. Wszędzie jesteś "my friend", każdy pyta skąd jesteś i czy już jadłeś jego wyjątkowy ser, miód, oliwki i co tam jeszcze obrodziło. Turysto, zaprawdę, powiadam Ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju a po dwóch godzinach w piekle. No i wracasz na kwaterę, gdzie miałeś zamiar spożyć skromne śniadanie i zdajesz sobie sprawę, że już właściwie jesteś po śniadaniu i po obiedzie a w torbie, oprócz kwintala lokalnych ziemniaczków, masz jeszcze męskie stringi, które za jedno euro wcisnął ci jakiś śniady "Kreteńczyk". I na wszystkie kreteńskie świętości, niech Ci nie przyjdzie do głowy przymierzać tego cholerstwa, nie i już. Nie, tyle nie wypijesz. Nawet jeżeli wypijesz, to pożałujesz i spożycia i przymiarki, najczęściej następnego dnia. Jeżeli już jednak przymierzasz, to nie pokazuj się owcom - stracą do Ciebie szacunek. Żonę jakoś ugłaskasz, trzody nie.

I próbujesz zrozumieć, jak to możliwe, że to wszystko funkcjonuje bez planu. Droga kończy się urwiskiem — ale ktoś tam zaparkował auto i sprzedaje pomarańcze. Most jest zamknięty — ale przejedziesz, bo „wszystko będzie dobrze”. Woda się skończyła — ale ktoś przyniósł lokalny destylat. I wtedy już nic ci nie przeszkadza, bo zrozumiałeś: to nie jest kraj, to filozofia.

Na Krecie nawet katastrofa ma rytm. Jak coś się pali, to ktoś już smaży kalmary. Jak spadnie skała, to ktoś mówi, że „zawsze tak spada”. Jak zgubisz drogę, to znajdzie cię dziadek, który nie mówi po angielsku, ale za to wie wszystko o twoim życiu i polityce w Polsce, bo oglądał TVP1 w 1998. Na Krecie nawet smutek ma swój ustalony rytm. Potrafi być dojmujący, wiercący dziurę w głowie. Często nie rozumiemy tych tragedii, okropności, które nam serwuje od czasu do czasu. Zatrzymujemy się wtedy na chwilę, patrzymy z otwartymi ustami i nie możemy dać wiary, że to się dzieje na tej naszej ukochanej wyspie.

Kreta jest jak bicie serca, jak wykres EKG. Raz wyżej, raz niżej z wyraźnie powtarzalną frazą. Czasem szybciej - jak podczas biegu, czasem wolno - jak we śnie.

A ty siedzisz na tym kamieniu, jesz chleb z oliwą i patrzysz na morze, które nie potrzebuje żadnych filtrów ani filozofii.

I myślisz sobie: może to jest właśnie sens życia — niczego nie przyspieszać, nie poprawiać, nie planować, tylko żyć między jednym zachodem słońca a drugim.