Ile judaizmu zostało w ortodoksji wschodniej - część III
Jeśli gdziekolwiek można zobaczyć nienazwany, ale wciąż pulsujący rdzeń judaizmu w chrześcijaństwie wschodnim, to właśnie w liturgii.
Jeśli gdziekolwiek można zobaczyć nienazwany, ale wciąż pulsujący rdzeń judaizmu w chrześcijaństwie wschodnim, to właśnie w liturgii. Nie w teologii pisanej, nie w ikonach, lecz w rytmie modlitwy, w sposobie sprawowania „misterium”, w samej strukturze Boskiej Liturgii. Czasami wydaje się, jakby wschodni chrześcijanie dalej modlili się w cieniu Świątyni, choć minęły wieki, a Świątynia zniknęła z powierzchni ziemi. I właśnie dlatego paralelizm z ofiarą tamid jest tak uderzający.
Tamid — „stała ofiara” — była sercem kultu świątynnego. Ofiarowana dwa razy dziennie: o poranku i o zmierzchu. Z jej rytmu biła teologia: że świat stoi dzięki wiernej, codziennej obecności Boga pośród ludzi; że ofiara nie jest wydarzeniem wyjątkowym, ale rytmem przymierza. Najważniejsze nie było to, że zwierzę ginie. Najważniejsze było to, że Bóg jest czczony nieprzerwanie, każdego dnia, z taką samą powagą. Tamid miała swój czas, swój zapach kadzidła, swoje śpiewy, swoje formuły. Miała puls.
Jeśli zestawić to z Boską Liturgią — szczególnie w jej najstarszych, uformowanych na Wschodzie częściach — podobieństwo jest niepokojące w najlepszym sensie tego słowa. Liturgia nie jest jednorazowym performansem. Ona żyje w rytmie, jak tamid. Ma swój stały porządek, którego nie zmienia się od tysiącleci; swoje błogosławieństwa, swoje antyfony, swoje kadzidła, swój poranny i wieczorny charakter. Kapłan wychodzi do ludu nie jak mówca, ale jak sługa Świątyni, wykonujący coś, co przekracza jego osobę. Tu nie ma przypadkowych słów. Każdy gest jest kontynuacją.
Wschodnia liturgia – czy sprawowana w bazylice, czy w maleńkim kamiennym kościółku na Krecie – nosi w sobie logikę ofiary, która nie jest „składaną” przez kapłana od nowa, ale „uobecnianą”. To echo tamid: ofiary powtarzanej, ale nigdy nie mniej świętej, nigdy nie rutynowej. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w Proskomidii, starożytnej części przygotowawczej, która jest dla kapłana tym, czym dla kapłanów izraelskich był poranny obrzęd w Świątyni. Chleb i wino są przygotowywane nie jako teatr, ale jako rytuał — pełen modlitw, zakrywania, odsłaniania, fragmentów Pisma. Proskomidia przypomina przygotowanie ofiary: ciche, skupione, pełne drżenia. To jest świątynia, nie aula.
Z tamid łączy Liturgię także rozumienie czasu. W judaizmie czas święty nie jest jedną chwilą — jest wejściem w rytm, który już istnieje. Wschód przejął tę intuicję całkowicie. Liturgia nie zaczyna się wtedy, gdy kapłan otwiera Ewangeliarz. Ona trwa. Wierni wchodzą w nią jak w rzekę, która płynie od zawsze. Jak szabat, który nie jest „dniem odpoczynku”, ale wejściem w czas Boga, tak Liturgia jest wejściem w wieczność. Kapłan mówi: „Błogosławione Królestwo Ojca i Syna i Świętego Ducha...” – i od tej chwili czas jest inny. To też echo Świątyni: tam kapłan nie tworzył świętości — on wchodził w przestrzeń, która była święta zawsze.
I wreszcie muzyka. Psalmodia. Judaizm nie zna modlitwy „czytanej”; modlitwę się śpiewa. Tak jest na Wschodzie. Nic tam nie brzmi jak zachodnia scholastyka ani jak renesansowa harmonia. Tam brzmi psalm. Echo synagogi. Echo Lewitów. Echo tamid, która była odprawiana przy śpiewie psalmów. W monasteryach Krety, Athosu, w kaplicach wśród oliwnych gajów widać to szczególnie: śpiew nie jest ozdobą, ale samą strukturą modlitwy, tak jak w czasach, gdy Dawid pisał psalmy dla kultu.
Paralelizm nie oznacza oczywiście prostego kopiowania. Liturgia chrześcijańska nie jest rekonstrukcją tamid. Jest czymś większym – rozwinięciem, uobecnieniem ofiary Chrystusa. Ale sposób, w jaki Wschód organizuje przestrzeń, czas, sens i rytm tej ofiary, nie wyrósł w próżni. Gdy patrzy się na to uczciwie, bez romantyzmu, widać, że chrześcijaństwo wschodnie przechowało wiele z ducha Świątyni. Nie w formie literalnej, ale jako duchowe DNA.
Zachód te elementy stracił. Poszedł w kierunku moralizmu, prawa, homilii, intelektu. Wschód zachował coś, co przypomina modlitwę Izraela: właśnie rytuał, tajemnicę, święty rytm, w którym ofiara nie jest analizowana, tylko celebrowana jak kosmiczne wydarzenie, które przeszywa czas.