Ile judaizmu zostało w ortodoksji wschodniej - część II

Zakaz przedstawiania Boga jest jednym z tych momentów, w których widać, jak głęboko chrześcijański Wschód wyrasta z judaizmu – i jak bardzo odróżnia się od Zachodu.

Zakaz przedstawiania Boga jest jednym z tych momentów, w których widać, jak głęboko chrześcijański Wschód wyrasta z judaizmu – i jak bardzo odróżnia się od Zachodu, który poszedł drogą własnej wizualnej ekspresji. Ten zakaz nie jest przecież kaprysem. To intuicja: że Boga nie da się uchwycić. Że każda próba opisania Go twarzą, kształtem, linią byłaby nie tylko kłamstwem, ale i zredukowaniem tajemnicy do ludzkiej wyobraźni. Judaizm zamykał to surowo: „Nie uczynisz sobie obrazu”. Chrześcijański Wschód nie zrezygnował z tej postawy; przetworzył ją teologicznie.

I tu zaczyna się logika ikony: przedstawialny jest tylko Ten, który stał się ciałem. Syn. Tylko On. Ojciec – nigdy. Duch – nigdy. Każdy malarz bizantyński to wiedział. Nie dlatego, że bał się sankcji, ale dlatego, że intuicyjnie czuł, że przekroczenie tej granicy byłoby bluźnierstwem wobec tajemnicy, której nie można „złapać” pigmentem. Złoto tła to nie dekoracja – to pusta przestrzeń, symbol niestworzonego światła, coś, co zastępuje tło naturalistyczne, bo naturalizm byłby kłamstwem.

Właśnie dlatego bizantyńscy mistrzowie nie traktowali się jak artyści w zachodnim sensie – bardziej jak słudzy tradycji. Nie mieli tworzyć „po swojemu”, lecz trzymać się kanonu, tak jak skryba przepisywał Torę. Ta praca nie była ekspresją ego. Była kontynuacją Objawienia. Wykonaniem duchowego rzemiosła, które ma być niewidoczne, transparentne, czyste jak szkło, przez które przebija świętość przedstawienia.

Zakaz przedstawiania Boga paradoksalnie otworzył dla ikonografii drzwi do zupełnie innego świata sztuki: świata, w którym nie chodzi o realizm, ale o teologię. Jeśli Bóg Ojciec nie może mieć twarzy, to świat malarski musi mieć inne środki, by mówić o Jego obecności – światło, gest, symbol, kolor, proporcja, nawet matematyka perspektywy odwrotnej. Nie ma „portretu Boga”, ale jest całe bogactwo form, które mówią: On jest tu, w tej przestrzeni, która przekracza ludzką miarę.

Kiedy w Bizancjum wybuchła burza ikonoklazmu, w istocie nie chodziło o sztukę. Chodziło o teologię, a właściwie o strach. Strach, że obraz jest zbyt niebezpieczny, że może przysłonić Boga zamiast Go odsłonić. Że lud stanie się bałwochwalcą, że złamie zakaz, który ciążył nad Izraelem. To nie było tylko niszczenie malowideł; to była walka o to, czy chrześcijaństwo dalej ma być religią Słowa, czy również Obrazu. Wschód stanął wtedy na krawędzi schizmy sam ze sobą. Tysiące ikon spalono, zmiażdżono, zatynkowano. Wielu ikonopisarzy straciło pracownie, niektórzy życie.

Ale to zwycięstwo ikon nad ikonoklazmem paradoksalnie ugruntowało zakaz przedstawiania Boga w jeszcze bardziej subtelnej formie: skoro wolno przedstawiać tylko to, co zostało wcielone, to każda ikona Chrystusa staje się jednocześnie deklaracją wiary w Jego człowieczeństwo i Jego boskość. Ikonoklaści bali się bałwochwalstwa; obrońcy ikon odpowiedzieli: obraz Chrystusa jest możliwy tylko dlatego, że Chrystus naprawdę stał się człowiekiem. Zakaz przedstawiania Boga wzmocnił więc w ikonografii dogmat Wcielenia.

A co z Wenecją, co z Zachodem? Tu zaczynają się drogi rozchodzące. Wenecja, choć formalnie katolicka, była zbyt zanurzona w świecie bizantyńskim, by nie przejąć jego wizualnej teologii. W wielu kościołach Wenecji widać ikonowe myślenie: płaskość, złoto, hieratyzm, brak ojcowskiej postaci Jahwe. Ale Zachód jako całość poszedł w inną stronę. Oparł się na tym, czego Wschód unikał: twarzy Boga Ojca. Zachodnia sztuka wyobrażała Go jako starca, wszechwładnego patriarchę niebiańskiego, co dla Wschodu byłoby absolutnie nie do przyjęcia. Tu właśnie kończy się wspólna linia z judaizmem: Zachód przestał się bać przedstawienia Boga, zaczął Go oswajać. Wschód pozostał wierny surowemu zakazowi.

Bizantyńscy malarze mieli więc stale świadomość, że ich praca jest balansowaniem na cienkiej granicy między wyznaniem wiary a niebezpieczeństwem fałszu. Każda źle namalowana twarz Chrystusa była nie tyle błędem artystycznym, ile błędem teologicznym. Każde przedstawienie Ojca – niemożliwe. Każda próba naturalizmu – podejrzana. Dlatego ikonografia rozwijała się jak język liturgiczny: z rygorem, precyzją, powtarzalnością, rodzajem wiecznego midraszu nad tajemnicą Wcielenia.

Zachód mógł eksperymentować. Wschód – medytował. Zachód mógł przedstawiać Boga według ludzkiej intuicji. Wschód – tylko tam, gdzie Bóg sam pozwolił się zobaczyć. Zachód tworzył sztukę. Wschód pisał ikony.