Kreta w ujęciu darwinowskim, czyli ewolucja postawy

Co się przez lata zmieniło w moim postrzeganiu Krety.

Akrotiri - Widok na Wąwóz Avlaki

Nie jestem wielbicielem krótkich form literackich, to już wiecie, więc się przygotujcie na coś bardziej wymagającego. To będzie tekst, dla odmiany, o ewolucji. O miejscach lubianych i mniej lubianych już pisałem i nie wyszło to nikomu na zdrowie, Wyspie, mnie i niektórym czytającym. Tak więc, w celu zachowania zdrowia i urody, dziś tekst Darwinowski. Jak się ktoś spodziewał Lenina, to przypominam, że rewolucja tym się różni od ewolucji, czym krzesło od krzesła elektrycznego.

Nie wiem od czego zacząć, niby warto od początku, ale gdzie jest ten początek? Dwadzieścia lat z hakiem, to już jest czas na podsumowanie i na ewolucję. To jest taki czas, że z młodego byczka przeistaczasz się w starego byka i nie wszystko już wygląda tak łatwo i prosto. Inaczej rzecz ujmując, kiedy stary byk widzi w dolince stadko jałówek, nie biegnie do nich galopem, tylko idzie statecznym krokiem. Przychodzi taki moment, że czujesz na plecach, jeszcze subtelny ale już całkiem wyraźny i dający wiele do myślenia, lodowaty oddech przeznaczenia. Nie musisz się odwracać, już wiesz, to co jeszcze niedawno było abstrakcją, dziś masz na wyciągnięcie ręki i nie jest to atrakcyjna perspektywa. To coś stoi za plecami i już wiesz, czym się skończy ta znajomość.

Wracam więc ułomną pamięcią do tych początków, do tych chwil, które mnie naznaczyły jakby stygmatem, do tych pierwszych razów, które bez wątpienia ukształtowały mnie w formę, którą dziś jestem. Nie da się zaprzeczyć temu, że Wyspa mnie w pewien sposób uformowała jako dojrzałego człowieka. Obcowanie przez tyle lat z tym miejscem wywarło na mnie ogromy wpływ. Dziś, to co niektórzy widzą we mnie, moje siga siga w życiu i jednocześnie asertywność w obronie własnego zdania, to efekt obcowania z kreteńską rzeczywistością. To tam nauczyłem się wybaczania, nade wszystko wybaczania sobie, to tam zrozumiałem, że najważniejsi są ludzie a nie stan posiadania. Innymi słowy, lepiej być, niż mieć, najważniejsi są ludzie, rodzina, przyjaciele i zdrowie. Praca, pieniądze i cała reszta tego targowiska próżności nie warte są funta kłaków.

Tak chętnie przez nas wspominane "siga siga", które na Wyspie potrafi być przekleństwem, stało się nie tylko słowem oznaczającym brak pośpiechu. Dziś, po latach, jest wyrazem pewnej filozofii życiowej, którą dopiero teraz w pełni zrozumiałem.

Pamiętam tego, jeszcze wtedy młodego turystę, który pochłaniał kilometry kreteńskich dróg z szaleństwem w oczach. Wszystko było na szybko, żeby tylko zaliczyć. Często bez głowy, bez pomysłu i bez większej, niestety, refleksji. Z upływem lat wszystko zaczęło się zmieniać. Nie wiem, czy na lepsze, ale ewolucja jest wyraźna i poszła w zaskakującą stronę. Jak to ewolucja, nigdy nie wiesz co jej strzeli do głowy i czy wyrosną ci skrzydła, czy rogi. Gdzie się podział ten pełen wigoru młody facet, który zrywał się przed świtem, kiedy hotelowi turyści jeszcze słodko śnili, żeby dojechać zdezelowaną Corsą w jakieś miejsce, bo wschód słońca trzeba złapać? Gdzie się podział niepoprawny entuzjasta, który z dziurawym namiotem wędrował E4 i nie przeszkadzały mu pająki i skorpiony a w chłodniejsze noce biegał wokoło namiotu, żeby się trochę ogrzać? Wszystkie te szalone przygody, upadki, krew, pot i łzy, szalone barany, wschody i zachody słońca widziane z miejsc zapomnianych przez Boga i ludzi, których nazw już nawet nie pamiętam, wszystko to ginie gdzieś w mrokach niepamięci. Szczegóły się zacierają, daty plączą i wszystko zaczyna się zlewać w jeden strumień świadomości. Po tylu latach Wyspa nie robi już takiego wrażenia, jak za pierwszym razem, nie jestem już przypadkowym turystą, jestem u siebie. Mam ulubione miejsca, wiem gdzie wypiję dobrą kawę i pogadam z właścicielem, który to już raz z resztą. Wyspa jest już jak drugi dom, do którego wraca się regularnie, żeby odpocząć i naładować baterie. Jedno się nie zmieniło, fascynacja pozostała na tym samym a może i większym poziomie, zmienia uległy priorytety i styl, ale poza tym, to nadal te same uczucia, co 20 lat temu. Już od kilku lat przestałem nawet udawać, że interesuje mnie jeszcze coś innego, tu mam jeszcze tyle do odkrycia i ciągle znajduję jakieś nowe obszary do eksploracji, że nie mam już czasu na wakacje w innych miejscach. Szkoda, czy może źle, że się ograniczam świadomie i dobrowolnie. Nie do końca, trochę już świata widziałem i nie tęsknię za egzotyką. Wolę tu odkrywać stare kościoły, odszyfrowywać napisy na freskach i szukać ciszy i spokoju na górskich ścieżkach, niż pielgrzymować do turystycznych destynacji, które odwiedza rocznie tłum jednorazowych turystów. Znalazłem chyba swoje miejsce na ziemi, tu mi dobrze, tu znam ludzi, znam już obyczaje i wiem czego się spodziewać. To jest taka dojrzałą miłość, może już bez motyli w brzuchu, ale zbudowana na solidnych podstawach. Nie mam poczucia, że coś tracę, bo jestem w miejscu absolutnie wyjątkowym i niepowtarzalnym, mam okazję obcować z historią i naturą w taki sposób, jakiego dziś na świecie już nie osiągnę w większości miejsc.

Towarzyszy mi poczucie szczęścia, że jeszcze mogę się tym wszystkim cieszyć, ze dane mi było poznać ludzi i dzielić z nimi emocje, ale jednocześnie nostalgii za tym co było i bezpowrotnie minęło. Od kilku lat mam już dość mocną świadomość przemijania, mroźny oddech mojej Nemezis jest już bardzo wyraźny i wiem, że kiedyś mnie dopadnie. Kiedyś będzie ten ostatni raz, ostatnie spojrzenie, ostatnia wizyta w kościele, ostatni wąwóz. Nie wiem kiedy to nastąpi i nie będę też wiedział, że ten raz jest ostatni. Wiem jedno, kiedy na moich kościach wyrośnie drzewo, Kreta nadal pozostanie sobą. Majestatyczna, lekko nieprzewidywalna i kapryśna, czasem gorąca jak dno piekła, czasem irytująco wietrzna, różnorodna, pachnąca tymiankiem i bazylią. Z tym obrazem wsiądę do łodzi Charona, bo tylko to ze sobą zabiorę na drugą stronę.