Plaża Elafonisi, czyli miejsce, które oszukuje
Piękno tego krajobrazu łatwo zagłusza fakt, że był on świadkiem wydarzeń bliższych greckiej tragedii niż wakacyjnej opowieści.

Kiedy jedziesz na Elafonisi w pogodny dzień, dokładnie w ten rodzaj kreteńskiej pogody, który miejscowi kojarzą z Wielkanocą, trudno uwierzyć, że to miejsce nosi w sobie ciężar historii. Powietrze pachnie pieczoną jagnięciną, rozgrzaną ziemią i tym specyficznym spokojem, który przychodzi po nabożeństwie, gdy rodziny wracają do domów, a dzieci biegają jeszcze w odświętnych ubraniach. Morze jest turkusowe, niemal nierealne. Piasek ma różowy odcień, który wygląda jak filtr fotograficzny, a nie jak naturalne zjawisko. Wszystko zdaje się mówić: to jest raj.
I właśnie dlatego Elafonisi tak łatwo oszukuje.
Bo pod tą pocztówką kryje się pamięć miejsca, które było świadkiem wydarzeń bardziej pasujących do greckiej tragedii niż do katalogu biura podróży. W Paschę 1824 roku — w dzień, który w chrześcijańskim kalendarzu mówi o przejściu, o ocaleniu i nowym początku — to spokojne dziś miejsce stało się sceną masakry, która do dziś rezonuje w zachodniej Krecie.
Wyobraź sobie poranek niemal identyczny jak ten, który możesz zobaczyć dzisiaj. Słońce wschodzi nad laguną, wiatr jest łagodny, morze spokojne. Tyle że zamiast ręczników i parasoli są ludzie uciekający w ciszy, by nie zdradzić swojej obecności. Trwa grecka wojna o niepodległość, a Kreta — jak często w swojej historii — bierze w niej udział z nadzieją, ale bez złudzeń. W rejonach Kissamos i Selino krążą wieści o nadciągających oddziałach Hüseyina beja, albańskich żołnierzy wysłanych na wyspę z polecenia Muhammada Alego z Egiptu. Ich zadanie nie polegało na tłumieniu oporu w sposób „wojskowy”. Miało polegać na złamaniu kręgosłupa całej społeczności: przez strach, brutalność i demonstracyjne okrucieństwo.

Elafonisi nie było wtedy celem wycieczek. Było ostatnią deską ratunku. Niewielka wysepka oddzielona od lądu płytkim przesmykiem, zdradliwym nawet przy dobrej pogodzie. Miejscem, na które można było się dostać pieszo tylko przy sprzyjającym morzu. I właśnie tam uciekli mieszkańcy okolicznych wsi: kobiety, dzieci, starcy oraz niewielka grupa uzbrojonych mężczyzn, którzy mieli ich bronić. Według relacji było ich kilkuset. Niektórzy wierzyli, że z Elafonisi uda się odpłynąć na Wyspy Jońskie, poza zasięg wojsk osmańsko-egipskich. Inni po prostu liczyli, że wyspa da im kilka dni — czas potrzebny, żeby wydarzyło się cokolwiek, co pozwoli przeżyć.
Dziś przechodzisz ten przesmyk bez wysiłku, czując pod stopami chłodną wodę i gładkie muszle. W 1824 roku to samo przejście było granicą między nadzieją a paniką. Relacje mówią, że pierwsi atakujący mieli problem z forsowaniem wąskiego, wodnego pasa. Konie ślizgały się na kamieniach, kawaleria traciła impet. Przez chwilę obrońcy wierzyli, że morze stanie po ich stronie. Ale liczebność armii i determinacja napastników zrobiły swoje. Po kolejnych próbach wojska przedarły się na wyspę, a los ukrywających się tam ludzi był przesądzony.
Dalej wszystko działo się szybko i bezlitośnie. Opisy mówią o desperackiej ucieczce w morze. Fale, które dziś spokojnie odbijają światło w turkusowych smugach, stały się pułapką dla tych, którzy nie potrafili pływać lub próbowali ratować dzieci. Część ludzi zginęła w wodzie, inni zostali zabici na miejscu — bez względu na wiek. Jest relacja załogi łodzi rybackiej, która słyszała krzyki z wyspy, ale nie odważyła się podpłynąć. Widząc osmańskie okręty, wiedzieli, że pomoc oznaczałaby ich własną śmierć. Kobiety i dzieci, które przeżyły, zabrano jako jeńców. Trafili na targi niewolników w Egipcie — to fakt, który dla współczesnego czytelnika bywa trudny do przyjęcia, ale który w XIX wieku był brutalnie codzienny.
Źródła różnią się w liczbach. Tu zaczyna się obszar rozbieżności, którego nie da się dziś uczciwie domknąć. Jedne mówią o kilkuset ofiarach, inne podają mniejsze wartości. Jedno jest wspólne: Elafonisi było masakrą i zostało zapamiętane jako masakra.

Kiedy dziś stoisz na najwyższym punkcie wyspy, przy pomniku poświęconym ofiarom, morze wygląda jak lustro. Cisza bywa niemal nienaturalna. Trudno uwierzyć, że to samo miejsce mogło stać się zbiorowym grobem dla ludzi, którzy nie spodziewali się, że najważniejsze święto chrześcijańskiego kalendarza zamieni się w dzień absolutnej ciemności. Kreteńczycy nie zapomnieli. Rocznice są tu obchodzone regularnie, a wydarzenia z 1824 roku funkcjonują w lokalnej pamięci zbiorowej pod nazwą „Lafonisia”.
Ta nazwa prowadzi dalej.
Bo Elafonisi nie jest tylko jednym epizodem. Czterdzieści trzy lata później, w 1867 roku, niedaleko stąd rozegrała się kolejna scena kreteńskiego oporu: zatonięcie parowca „Arkadi”, który przewoził broń i uchodźców podczas następnego powstania. Został zatopiony 7 sierpnia — dla jednych był to akt desperacji, dla innych dowód, że zachodnia Kreta ma w sobie szczególną koncentrację historii, w której tragedia i opór wracają wciąż w te same miejsca. Jakby geografia była tu współwinna pamięci.
I dopiero na końcu przychodzi refleksja, która wydaje się lżejsza, a w rzeczywistości jest równie znacząca: nazwa. Oficjalne Ελαφονήσι oznacza „Wyspę Jeleni” — od eláfi (jeleń) i nisí (wyspa). Etymologia jest prosta, logiczna, zgodna z językiem. Ale w mowie mieszkańców zachodniej Krety równie naturalnie funkcjonują formy Λαφονήσι i Λαφονήσια. Twardsze, bardziej lokalne, osadzone w dialekcie. To właśnie ich używa się podczas rocznic i uroczystości. Język zdradza pamięć szybciej niż pomniki.
A „Wyspa Skarbów”? To już opowieść współczesna. Romantyczna legenda o piratach, którzy mieli tu ukrywać swoje łupy. Nie ma ona potwierdzenia w etymologii ani źródłach. Ale sama jej popularność coś mówi: Elafonisi prowokuje wyobraźnię, domaga się narracji. Ludzie czują, że to miejsce niesie więcej niż tylko ładny krajobraz.
Kiedy więc dziś idziesz boso po różowym piasku, warto się zatrzymać. Morze nadal szumi, wiatr przesuwa po piasku dziecięce ślady, turyści robią zdjęcia. A jednak Elafonisi nie jest tylko „ładną plażą”. To wyspa, która pamięta. I jeśli poświęcisz jej chwilę uwagi, ta pamięć potrafi się odezwać — cicho, ale bardzo wyraźnie.