Cywilizacja ortodoksyjna – Opowieść Wyspy

Dlaczego kreta przetrwała.

Wyspa wschodzącego słońca – tak mogli ją kiedyś nazywać żeglarze mijający potężne klify Sfakii. W świtach, które wypalały oczy, Kreta wyglądała jak miejsce nie z tego świata: bezbronna, a jednocześnie niepodatna na cokolwiek, co przychodziło z morza. I to właśnie w tej pozornej sprzeczności – kruchości i upartości – zakorzeniła się w niej cywilizacja ortodoksyjna, świat Kościoła wschodniego, którego głos, choć nieraz szeptany zza ikonostasu, przetrwał wszystko, co rzucała na wyspę historia.

Ta historia nigdy nie rozwijała się liniowo. Bardziej przypominała fresk wielowarstwowy – spod najnowszej farby prześwitywały warstwy starsze, niczym cienie przodków w świetle oliwnej lampy. Każde imperium próbowało narzucić Krecie własne kolory, własne akcenty, nowe gesty i nowe prawa. Ale wystarczyło, że dotknęło ściany, a pigment dawnych wieków przesiąkał każdy ruch dłoni. Bizancjum, Wenecja, Osmanowie – zmieniały granice, pobierały podatki, wprowadzały własne zakazy i nakazy – ale nie zdołały zmienić tego, czym była religia tej wyspy. Zbyt głęboko zdążyła wejść w skałę, w ludzi, w codzienność.

Początki były nieuchwytne jak mgła unosząca się nad równiną Messary o świcie. Możesz stanąć na wzgórzu w Kandanos czy na płaskowyżu wokół Omalos i próbować wyobrazić sobie pierwszego wędrownego mnicha, który przyniósł tu ikonę owiniętą w lniany worek. Skały były wtedy chyba tak samo zimne jak dziś, a droga kręta jak zawsze. Reszta – cisza, modlitwa, kilka głosów zbierających się wokół ledwo oheblowanego krzyża – musiała być krucha jak jajko. A jednak z tej kruchości wyrosła siła, którą później nie potrafiło złamać żadne imperium.

Bizantyjska Kreta znajdowała się na rubieżach, ale duchowo należała do świata, który tworzył Pantokratorów w kopułach Rawenny, Konstantynopola czy Dafni. To samo światło, ta sama metafizyczna powaga przenikały pierwsze tynki, pierwsze próby malarskie, pierwsze kaplice budowane z surowej, nieociosanej skały. Najstarsze świątynie – Agios Georgios w Komitades, Agios Nikolaos w Kyriakoselia, dziesiątki małych kaplic ukrytych w Selino i Mylopotamos – nie miały jeszcze imponujących cykli ikonograficznych. Ich wnętrza bywały niemal puste, jakby zarezerwowane na coś, co dopiero miało nadejść. Ale już same absydy, półkoliste i niepewne, już same proste nawy, czasem przymiarki do układów kopułowych, niosły w sobie świadomość: to nie ma być zwykłe miejsce. To jest przestrzeń święta.

Ikona nie była tu rzeczą. Ikona była osobą, świadkiem, obecnością. Kto tego nie rozumie, ten nie zrozumie Krety.

A potem przyszła Wenecja, ze swoją łacińską pewnością siebie, połyskującymi procesjami, z biskupami ubranymi inaczej, niż przywykł lud, z hierarchią ostrą jak zimny marmur Pałacu Dożów. Wenecjanie zakładali, że uda się wyspę przemalować – że wprowadzą ład, elegancję, zachodni ryt, a Kreta przyklęknie przed nową liturgią. Nie przewidzieli tylko jednego: malarzy. Właśnie wtedy, kiedy zaczęto zakazywać dawnych praktyk i zastępować je łacińskimi, w górach Selino, w Kandanos, w ustronnych wioskach rodziły się cykle fresków tak potężne w swoim przekazie, że do dziś trudno patrzeć na nie bez dreszczu. Pagomenos i jego współpracownicy przemierzali wioski z pędzlami, pigmentami i głębokim poczuciem obowiązku. Nie malowali dla piękna – malowali dla prawdy. Dla ludu. Dla pamięci.

Tak powstawały freski w Agios Ioannis w Trachiniakos, w Agios Georgios w Anisaraki, w dziesiątkach kościołów, które stoją do dziś, choć czas odarł je z połowy barw. Pagomenos miał styl chropowaty, mocny, wyraźny: postaci jakby wyrastają ze ściany, oczy patrzą z głębi, którą trudno wyrazić słowami. Ten malarz nie dekorował. On świadczył. Każdy jego fresk był deklaracją istnienia ortodoksji w czasach, gdy próbowano ją wytłumić.

Osmanowie, którzy przyszli później, otrzymali wyspę pełną świeżych śladów tej wizualnej teologii. Ich administracja wprowadziła porządek, w którym Kościół stał się pośrednikiem między władzą a ludnością. W wielu miejscach był jedyną instytucją, która miała jakąkolwiek ciągłość. To dlatego klasztory stały się naturalnymi ogniskami powstań i schronienia. Tam ukrywano broń, tam nauczano dzieci, tam planowano pierwsze ruchy rebelii. Ikonografia trwała, czasem uproszczona, czasem tworzona przez anonimowych mistrzów, ale zawsze żywa. Nawet gdy pigment był tani, a tynk kruchy, oczy świętych nadal płonęły tym samym wewnętrznym światłem.

Na tym tle wyrasta postać, która z Krety uczyniła część światowej historii sztuki w sposób, jakiego nikt się nie spodziewał. Dominikos Theotokopoulos – El Greco – wyruszył w świat jako młody ikonopis z Heraklionu. Malował, jak go nauczono: ostro, duchowo, z dłońmi i twarzami wydłużonymi, bo ikonografia zawsze wydłuża to, co duchowe, a skraca to, co ziemskie. Wychował się w świecie, gdzie światło nie pochodziło z lampy, lecz z wnętrza postaci; gdzie kolor był znakiem metafizycznym, a nie dekoracyjnym. Kiedy wkroczył do Wenecji, nie zrzucił tej tradycji – przeciwnie: nosił ją w sobie jak szkielet drugiej natury.

W Rzymie próbował odnaleźć wspólny język z renesansowym ideałem piękna, ale jego dusza pozostawała ortodoksyjna. Dopiero w Toledo stał się sobą: artystą, który stopił to, co urodziło się w ikonach Krety, z tym, czego nauczyła go Italia. Wystarczy spojrzeć na „Pogrzeb hrabiego Orgaza”, by zobaczyć, jak w jednej kompozycji pulsują dwie cywilizacje. Dolna część – z realistycznymi portretami – jest zachodnia. Górna – z wydłużonymi ciałami świętych, ze światłem, które nie ma źródła – jest czysto bizantyjska, czysto kreteńska. El Greco wprowadził na Zachód to, czego Zachód nie rozumiał: że prawdę malarską można wyrazić nie przez realizm, lecz przez intensywność.

Kiedy Europa później odkryła jego twórczość, zaczęła widzieć w nim prekursora ekspresjonizmu, mistyka, wizjonera. A przecież jego wizjonerstwo wzięło się z tej wyspy. Z ikon. Z fresków. Z tradycji, której nie złamała ani Wenecja, ani Osmanowie.

I dlatego dziś, gdy stajesz w ciemnym wnętrzu kościoła w Meskla, w Selino, w Kritsie, masz wrażenie, że wszystko splata się w jedną opowieść. Freski z XIV wieku, uszkodzone, ale wciąż żywe. Ikony, które nadal błyszczą złotem, jakby wczoraj było święto. Prosta, jednonawowa architektura, która przetrwała stulecia. I to wrażenie, że ta religia nie była narzucona – ona była organiczna. Wyrastała z ziemi jak oliwka.

Kreta przetrwała tyle imperiów, ponieważ to, co najważniejsze, miała w środku. Ikona była jej pamięcią, jej językiem, jej światłem. I dopóki te oczy na ścianach patrzą na ludzi tak samo jak siedem wieków temu, dopóty ta wyspa będzie mówić własnym głosem – głosem ortodoksji, która stała się jej fundamentem.