Jak kąpano Jezusa
Kreteńskie freski, apokryfy i inne niewygodne fakty o Narodzeniu.

Niedawno ktoś mnie publicznie wywołał do tablicy, sugerując, że skoro zbliżają się święta, to na pewno przygotowuję coś „w temacie”. No więc proszę bardzo, skoro już mnie tak postawiono pod ścianą, to przygotowałem. Oczywiście będzie po mojemu: freski, apokryfy, teologia i inne „duperelki”, jak kto woli. A przede wszystkim spojrzenie na to, jak narodzenie Jezusa widzieli Kreteńczycy siedemset–osiemset lat temu, zanim komuś przyszło do głowy, że stajenka musi wyglądać jak folder reklamowy skandynawskich świąt.
Zacznijmy od dwóch fresków z XII–XIII wieku, z dwóch różnych kościołów, oba równie niepozorne i równie fascynujące. Widzimy na nich wszystko, czego ikonografia Narodzenia powinna dostarczyć: Matkę Bożą leżącą bokiem, niemowlę, które wygląda jak miniaturowy dorosły, wół i osła, którzy — jak zawsze — jako pierwsi rozpoznają Boga, pasterzy śpiewających jakby mieli wygrać Eurowizję i mędrców idących za gwiazdą, choć Biblia uparcie nie mówi, ilu ich było. Tradycja jednak lubi porządek i od wieków kwituje temat jako trio: starzec Kacper niesie złoto, dojrzały Melchior kadzidło, młody Baltazar mirrę. I tylko czasem ktoś się zapyta, skąd ta trójka — a wtedy robi się niezręcznie, bo Ewangelie akurat w tej kwestii konsekwentnie milczą.

Skoro już jesteśmy przy milczeniu, spójrzmy na postać Józefa. Na Krecie tradycyjnie kładzie się go w róg kompozycji, zwykle zadumanego, oddalonego, jakby po raz tysięczny próbował policzyć, co się właściwie wydarzyło. Towarzyszy mu czasem tajemniczy starzec, który w ikonografii robi za personifikację diabła: szeptacza wątpliwości, specjalistę od wmawiania Józefowi, że „to przecież niemożliwe”. Jak widać, nic się w tej dziedzinie nie zmieniło od dwóch tysięcy lat — człowiek potrzebuje jedynie maleńkiej sugestii, żeby zacząć kwestionować wszystko.
No dobrze, ale przejdźmy do sceny, która powoduje wśród widzów uniesienie brwi, konsternację, a czasem i śmiech. Mam na myśli tę dziwną miniaturkę pod głównym przedstawieniem Narodzenia: dwie kobiety pochylone nad noworodkiem, miska z wodą, ręce w pracy. „Co to w ogóle jest?” — pytają. „Kąpiel Jezusa”, odpowiadam, a wtedy następuje pięć sekund absolutnej ciszy połączonej ze zdziwionym „że co?!”.

A jednak: jest to scena jak najbardziej tradycyjna, tyle że pochodząca z Protoewangelii Jakuba, jednego z apokryfów zwanych Ewangeliami Dzieciństwa. W oficjalnym kanonie jej nie ma, ale na freskach — i to nie tylko na Krecie — scena kąpieli funkcjonowała aż do późnego średniowiecza. Dwie kobiety, które widzisz, to położna (ta bezimienna) i Salome, która najpierw wątpi w dziewicze narodziny, a potem doświadcza uzdrowienia, bo — cóż — wątpić też trzeba umieć. Co zabawne, przez błędne odczytanie greckiego skrótu „ἡ μαῖα” („położna”) Salome dorobiła się rzekomej towarzyszki o imieniu „Emea” — postaci, która nigdy nie istniała, a była jedynie efektem pomylenia skrótu z imieniem własnym.
Scena kąpieli zniknęła z ikonografii, gdy uznano ją za „niekanoniczną”, ale na Krecie mamy ją jak na dłoni — żywy ślad plastycznego średniowiecza, które nie miało obsesji dogmatycznej czystości obrazowania. W tamtym czasie przekaz był ważniejszy niż spór o to, czy apokryf „wolno”, czy „nie wolno” cytować w malarstwie sakralnym.
No i wróćmy na chwilę do samego początku, bo freski kreteńskie — choć małe, często wciśnięte w mikroskopijne nawy, gdzie trudno się wyprostować — potrafią opowiadać historię z teologiczną precyzją. Scena narodzenia Jezusa, w swojej pierwotnej bizantyjskiej formie, nie jest bowiem kronikarskim zapisem wydarzeń, ale teologiczną syntezą: jaskinia symbolizuje otchłań, żłób przypomina sarkofag, wół i osioł to spełnienie proroctwa Izajasza, a sama postawa Maryi odsłania jej rolę „Nowej Ewy”. Kreteńscy malarze jedynie powtarzają kanon, ale dodają do niego własną lekkość i miękkość linii, którą zwykle przypisuje się wpływom weneckim.
A skoro już jesteśmy przy Wschodzie i Zachodzie, to warto przypomnieć, że cały okres wenecki na Krecie to jedno wielkie zderzenie dwóch teologii, dwóch estetyk i dwóch sposobów patrzenia na Maryję, Chrystusa, aniołów i sceny biblijne. Weneckie wpływy widać w delikatniejszym modelunku twarzy, miększych cieniach i większej narracyjności, ale sam program ikonograficzny pozostaje całkowicie wschodni. Mędrcy mogą wyglądać jak kupcy z Rialto, ale są wciąż bizantyjskimi „magoi apo anatolon”, a kąpiel Jezusa może pachnieć apokryfem, ale jest częścią wczesnego wizualnego katechizmu.

Na koniec dorzucam fresk Ofiarowania w świątyni — nie ma tu sensacji, nie ma apokryfów, nie ma żadnych rzekomych „Emei”, jest za to czysta, spokojna ikonografia, która od wieków nic sobie nie robi z tego, że świat wokół niej stale próbuje ją zmodernizować. I może właśnie dlatego jest tak kojąca.
Tymczasem życzę wam dobrych, spokojnych świąt, bez pośpiechu, bez hałasu, za to z przestrzenią na patrzenie, dziwienie się i odkrywanie w starych freskach pytań, na które dziś rzadko kto ma czas.